Historia mojej przemiany


Moja historia może się wydać typowa dla niektórych osób, ale myślę że kolejne jej wersy i akapity mogą Cię zaszokować. Początek pewnie będzie wyglądał tak jak Twoja historia przerabiana milion razy…

Czemu to piszę? Dlaczego chcę podzielić się z Tobą swoją historią i doświadczeniem? Dowiesz się tego czytając całość moich wypocin. W mojej historii znajdziesz wiele części wspólnych z Twoją historią i mam nadzieję, że wyciągniesz z niej wiele cennych lekcji. Mam nadzieję, że doda Ci sił i motywacji w Twojej walce.

Mam prawie 32 lata i ważę, co najmniej 36 kg za dużo. Mimo tego po raz pierwszy czuje się psychicznie wspaniale. A oto jak do tego wszystkiego doszło…

Tak to wszystko się zaczęło…

Urodziłam się ze sporą niedowagą ważąc niewiele ponad 2 kg. Problem z wagą miałam od zawsze. Do 6 roku życia ciągle ważyłam za mało, mimo że rodzice przejęci rolą karmili mnie „na siłę” na zasadzie "jak nie zjesz, to nie pójdziesz do koleżanek, to nie kupimy Ci tego i tamtego"

Jadłam więc i jadłam aż mi się "ulewało". Przepraszam za określenie, ale lepiej nie umiem tego określić. Moje życie ciągle zaczynało się i kończyło na jedzeniu. Jadłam dużo i szybko, by mieć to za sobą.

Na wszelki wypadek, gdybym nie dojadała w przedszkolu to po powrocie do domu dostawałam kolejny obiad. Musiałam jeść, bo zawsze był jakiś "ważny powód”, dla którego musiałam to robić.

Było mi coraz ciężej

Z czasem zaczęły się kłopoty z zakupem „modnych” ubrań, jakie nosiły moje koleżanki Zaczęły się docinki i wyzwiska ze strony rówieśników. Moje koleżanki przeżywały pierwsze miłości, a na mnie nikt nawet nie spojrzał, bo byłam obrzydliwym grubasem.

Było mi bardzo ciężko i po powrocie ze szkoły jadłam czekoladę, dwie, czasem trzy, by poprawić sobie humor. Nie znałam lepszej metody na pocieszenie, bo skąd?

Jakby tego wszystkiego było mało zaczęły się u mnie problemy hormonalne. Dostałam wtedy skierowanie do endokrynologa. Wizyta zaczęła się od skierowania na podstawowe badania krwi (bez hormonów) i zalecenia bym pisała wszystko co jem i o jakiej porze.

Lekarz doszedł do wniosku, że jem za dużo (ja bez tej wiedzy medycznej od lat miałam te świadomość), a hormony nic do tego nie mają. (choć miały, ale wyszło to po latach). Na kolejnej wizycie sprawdził zeszyt i zrobił badania. Nakrzyczał na mnie, że za dużo jem słodkiego i dlatego tak wyglądam. Oznajmił także, że wyniki nic na razie złego nie wnoszą. Powiedział mamie, że jeśli dalej będę się paść słodyczami to dostanę cukrzycy. Wychodząc płakałam bo lekarz na mnie nakrzyczał

Minęła klasa 6,7,8, a ja ważyłam coraz więcej i na koniec 8 klasy mając 15 lat ważyłam około 20 kg więcej od swoich rówieśniczek. Nie będę lepiej wspominać ile mnie to kosztowało przykrych doświadczeń z ich strony i chłopaków, którym chciałam się podobać.

Próbowałam coś zmienić w swoim życiu

W pierwszej klasie szkoły średniej miałam bierzmowanie. Chodziłam wtedy na spotkania przygotowawcze do tej uroczystości. Spotkałam tam wspaniałych animatorów. Wtedy po raz pierwszy wyrzuciłam z siebie to, co mnie gnębi. Opowiedziałam o swoim wyglądzie, o tym, jakie przez to mam bariery w życiu i jak ciężko mam w życiu przez swój wygląd. Po raz pierwszy w życiu czułam, że ktoś uczciwie mnie wysłuchał. Zalecili mi wtedy "ruch".

"Super" – pomyślałam. – teraz zamiast czekolady ruszę w gimnastykę. Niestety już na starcie się spaliłam. Wróciłam do domu, założyłam dres i pobiegłam 8 km! Myślałam, że wyzionę ducha, a następnego dnia myślałam, że umieram – tak mnie wszystko bolało. Oczywiście pomyślałam wtedy, że szczytem głupoty jest taki ruch skoro się przez to tak cierpi, więc na pocieszenie zjadłam czekoladę.

Schudłam 8 kg w 10 dni

Po bierzmowaniu pojechałam do babci. Tam podpatrywałam moją siostrę cioteczną, która szykowała się na pielgrzymkę do Częstochowy. Miała być ona dopiero za 3 miesiące a ona trenowała już teraz. Najpierw pomyślałam sobie, że chce pokazać jaka jest "ważna". Teraz wiem, że była po prostu rozsądna. Udało się jej wtedy mnie namówić żebym szła razem z nią.

Moja mama początkowo nie chciała się zgodzić, ale namówili ją animatorzy, których znałam z bierzmowania – miałam być pod ich opieką. Namówiłam jeszcze do tego trzy swoje koleżanki ze szkoły i we trójkę ruszyłyśmy. Szłyśmy 10 dni a ja schudłam 8 kg (a raczej się odwodniłam). Byłam z siebie taka dumna, że wytrzymałam, że doszłam prawie nic nie jedząc, żyjąc właściwie na wodzie.

Mama była w szoku jak mnie zobaczyła. W pierwszej chwili widziałam w jej oczach radość. Być może przez to, że ja byłam przez tą chwilę szczęśliwa. W każdym bądź razie w kolejnych dniach znów jadłam… I w taki oto sposób w ciągu 2 tygodni moja waga wróciła z nawiązką. Ważyłam 10 kg więcej. Do szkoły szłam znów o 2 kg cięższa niż wyszłam z niej na wakacje. Ta pielgrzymka była pierwszą moją próbą zrzucenia wagi.

Stosowałam dieta za dietą

Potem zaczęły się diety. Liczne diety… Tak wiele metod wypróbowałam. Całe 4 lata w szkole średniej spędziłam na dietach. Chudłam na jednej 3, 4 kg, potem tyłam, więc przechodziłam na kolejną, potem kolejną, bo poprzednia była nieskuteczna i tak w kółko.

W efekcie wychodząc z liceum ważyłam już ponad 30 kg więcej niż koleżanki. Zdołowana szłam na studia, a w marzeniach wyobrażałam siebie inną, szczuplejszą, pełną energii i pewną siebie.

Tam znów wpadłam w szał diet. Co chwile inna osoba rekomendowała inną "super skuteczną" dietę. Testowałam na sobie między innymi: kapuścianą, montignaca, kopenhadzką, dukana, warzywną, grapefruitową i wiele, wiele innych…

Poznałam moją pierwszą miłość

Na studiach poznałam pierwszą miłość mojego życia. Byłam dumna, gruba, a on przystojny. Marzyły o nim chude laski a na kawę wybrał właśnie mnie. Zakochałam się i chciałam pokazać całemu światu, że schudnąć można zawsze, że przytrę swoim „kumpelkom” nosa i pokaże, że warto było mnie wybrać.

Chciałam wierzyć, że będę idealna. Naprawdę wierzyłam, że schudnę i z brzydkiego kaczątka przemienię się w łabędzia. Głodziłam się i schudłam. Ważyłam jak inne moje koleżanki – nie te najchudsze, ale te dobrze wyglądające. Wyglądałam dość dobrze, ale dalej czułam się za gruba, choć psychika dzięki „mojej miłości” wydawała się być na super poziomie.

Wmawiałam sobie, że mam to "coś" skoro wybrał właśnie mnie, spośród tylu „wagowych ideałów”, a gdzieś daleko czułam się przy nim jak śmieć. On był dumny i przystojny. "Zasługiwał” na naprawdę ładną, zgrabną i przede wszystkim szczupłą dziewczynę, a wybrał mnie.

To było zbyt piękne by mogło trwać wiecznie…

Nasza "idylla" trwała 2, 5 roku. Było super, a potem zaczęły się dziwne smsy i kilka razy złapałam go na kłamstwie. Zaczął mnie zdradzać. Nie wierzyłam „plotkom”, bo nie chciałam. Wybaczałam, mimo że wszystko miałam "czarno na białym". Po prostu nie chciałam widzieć tego, co się kroiło. Przecież mnie wybrał, gdy byłam gruba. Teraz jestem lżejsza, więc miałam go podejrzewać o zdradę? Na pewno nie..

Teraz już wiem, że kobieca intuicja rzadko się myli. On pisywał „niewinnie” z dziewczynami, a gdy go na tym przyłapywałam to tłumaczył się. Wybaczałam  mu i trwałam w tym kłamstwie dalej. Każdy taki "dołek" ciągle zajadałam. W ciągu roku znowu ważyłam 20 kg więcej. Byliśmy razem 6 ciężkich lat. Trzymałam się go kurczowo.

Dlaczego??? Ponieważ wierzyłam, że w jego oczach jestem wyjątkowa. Sprawiało to, że chciało mi się żyć i przez to potrafiłam sobie usprawiedliwić każdy kilogram.

Planowaliśmy razem wspólną przyszłość, a miesiąc przed ustalonymi zaręczynami przyszedł do mnie i  stwierdził, że nie możemy być razem. Powiedział mi, że mnie oszukuje i zdradza od 4 lat. Myślałam, że żartuje, że tylko mnie sprawdza.

Nie mogłam uwierzyć że to prawda. Powiedział mi o tym wszystkim stojąc w drzwiach i tak oto stojąc w drzwiach także się ze sobą rozstaliśmy. Tak zakończył się nasz 6 letni czas "miłości”. 

Tak wiele kosztowała mnie wiara, że jestem lepsza od innych, mimo, że ważę od nich więcej. Załamałam się i upadłam na same dno. Byłam gruba, samotna, oszukana, z wartością poniżej zera.

Wtedy w mojej głowie przewinęły się dwie najważniejsze w moim życiu kobiety – moja mama i siostra. Dla nich było warto „ożyć”. Wszystko to trwało o 3 lata za długo. Dlaczego tego nie przerwałam? Ponieważ łudziłam się, że wszystko będzie dobrze i żal mi było tych czasów, kiedy było pięknie.

Przez te smutne lata jedząc czekoladę ciągle sięgałam pamięcią do tych wcześniejszych i piękniejszych wspomnień.

Zaczęłam wszystko od nowa

Dalej byłam gruba, ale tym razem postanowiłam, że schudnę nie dla kogoś (choćby i zasłużył), ale dla siebie. Jednak w głębi serca czułam, że to chce zrobić, dlatego by mój eks zobaczył, co stracił. Niestety znowu wyszło, że chciałam bez sensu komuś coś udowadniać.

Zaczęłam się odchudzać. Przeszłam na dietę 1500 kcal, potem 1000, a na samym końcu 700kcal. Schudłam, ale wejście na 2 piętro było dla mnie dużym wyzwaniem. Ciągle mi było słabo i zimno. Pomyślałam wtedy, że mam pewnie złą dietę, więc zastosuje kolejną tym razem z witaminami. Przeszłam na same owoce i znowu schudłam. Niestety potem moja waga stanęła w miejscu. Stała, stała,  i stała.

Nie miałam żadnego efektu, więc znowu zaczęłam jeść. W krótkim czasie przybrałam na wadze wszystkie kilogramy, które z takim trudem straciłem + dodatkowe 4. Miałam kolejnego doła i niedługo potem internet znowu poszedł w ruch. Szukałam dobrej diety i okazało się, że mało jest takich, których nie testowałam. Całe szczęście znalazłam jeszcze kilka. Przeszłam niskocukrową, przeciw grzybiczą, wątrobowa i jeszcze kilkanaście innych.

Poznałam swojego przyszłego męża

Znów schudłam. Już nie tyle, co ostatnio, ale 15 kg to też było coś. Wtedy właśnie poznałam swojego męża. Chodziliśmy razem na spacery, jeździliśmy na wycieczki, czasem był basen. Moja waga w tym czasie zmniejszyła się jeszcze o 2 kg. Potem stanęła w miejscu i znowu stała jak zaczarowana. Potem wszystko zaczęło się od nowa. 18 kg do przodu. Przytyłam dość szybko, a przecież nie objadałam się. Tym razem byłam na diecie, więc co jest?

Hmm… Pewnie znowu zła dieta i wszystko zaczęło się od początku, bo zaczęłam kolejne diety. Wkrótce zaczęły wypadać mi włosy, a moja skóra stała się sucha. Nie wiedziałam, co jest grane. Poszłam do lekarza i dostałam skierowanie do dermatologa. Od dermatologa do kardiologa, od niego do ginekologa, następnie do endokrynologa. Wszyscy robili podstawowe badana i wychodzili z założenia, że za dużo jem, za dużo ważę i przez to czuję się tak fatalnie. Zawsze czułam się podle, ale nigdy aż tak.

Potrzebowałam pomocy, ale lekarze nie potrafili mi pomóc

Lekarze zrzucali winę na jedzenie, kilogramy i inne cuda, bo wyniki w sumie są ok. Z tego powodu jadłam, więc mniej. Czasem wcale, a waga tańczyła. Ważyłam się raz na tydz i potrafiłam między jednym a drugim pomiarem ważyć plus minus 8 kg i na odwrót. Masakra… Puchłam tak, że myślałam, że  mi skóra pęknie. Nie wiedziałam, co się dzieje i tak minęły 2 lata, a ja ciągle stosowałam głodówki na przemian z nową cudowną dietą od koleżanek.

Brałam je z netu, gazet, i gdzie tylko je znalazłam. Gdy tylko wpadło mi słowo "dieta" od razu czytałam i stosowałam. Wybuliłam kupę kasy, najadłam się świństw, a waga tańczyła. Moja samoocena spadła znów poniżej zera.

Czułam się źle fizycznie i psychicznie. Próbowałam się ruszać, ale ciężko ruszyć ciało z ponad 30 kg nadwagą. Wolałam, więc nie ruszać się wcale. Potem był ślub, więc stosowałam znowu głodówkę. Byłam na granicy "omdlenia" ale „udało się”. Ważyłam znowu 10 kg mniej, choć ciągle było to za dużo.

Chciałam mieć dziecko, ale moje ciało było za bardzo wyniszczone dietami

Wkrótce po ślubie zapragnęłam mieć dziecko. Marzyłam o nim już od około 5 lat, ale teraz chciałam tego nie tylko z poczucia instynktu macierzyńskiego, chciałam tego teraz, bo potem, gdy schudnę, będzie mi szkoda znowu przytyć. 

Minął rok a dziecka dalej nie było. Poszłam do lekarza. Był pierwszą osobą, który się przyłożył i nie zbagatelizował problemu. Zrobił nie tylko podstawowe badania, ale także zagłębił się w szczegóły. Okazało się, że mam chora tarczyce, inulinooporność, hiperprolaktynemie, podejrzenie PCOS i mam problemy z zajściem w ciąże.

Przepłakałam to. Założyłam, że zawsze muszę tak wyglądać i znowu pocieszałam się czekoladą. Ostatni stosowaną przeze mnie dietę wysłałam do diabła. Kiedy było mi smutno jadłam jak dawniej. Do tego terapia hormonalna, by udało mi się zostać mamą. Niedługo potem waga przeszła 100kg.

Mam 155 cm wzrostu i ważyłam w szczycie „formy” 106 kg. Było mi ciężko. Chciałam walczyć o moje największe marzenie – dziecko, ale miałam już dość. Mój kręgosłup, nogi i wszystko po kolei odmawiało mi posłuszeństwa. Byłam gotowa zrezygnować z marzeń o dziecku, bo nie chciałam już więcej tyć. Głównie moje plecy, serce i nogi miały dość. Odstawiłam z innym lekarzem pozostałe hormony. Poddałam się…

Nie chciałam ważyć więcej. Nie umiałam zapłacić takiej ceny by być mamą. Jeszcze chwila i chyba sama bym na nogach nie stała, a co to za matka – gruba kaleka? Lekarz zostawił mi jedynie hormon tarczycowy. Schudłam na początek w miesiąc 12 kg, a raczej zeszła ze mnie nagromadzona woda. Potem znowu jak zwykle moja waga stanęła w miejscu. Stała miesiąc, drugi, potem trzeci, a mnie się wydawało, że prawie nie jem.

Tym razem nie chciałam odpuścić i wrócić do swojego dawnego systemu by waga znów wzrosła. Mimo wszystko łatwiej mi było się poruszać bez tych zgubionych 12 kg i cieszyłam się, że waga stoi, a nie rośnie.

Zdarzył się cud. Marzenia się spełniają

Poszłam znowu na badania i okazało się, że jestem w 6 tyg. ciąży. Byłam w szoku. Czułam ogromna radość, ale czułam także i lęk. Co dalej? – Pytałam samą siebie. Przecież nie mogłam stosować diet. Wcześniej bałam się, gdy mój brzuch rósł, a teraz pierwszy raz jego przyrost tak cieszył.

Moja waga mimo ciąży dalej stała w miejscu i ruszyła dopiero 9 miesiącu dobijając znowu do 106 kg. W pierwszym miesiącu po ciąży waga zleciała mi do 87 kg. Lekarze uważali, że ciąża wyszła mi na zdrowie.

Po 6 tyg straciłam pokarm. Stało się to przez zaburzenia hormonalne. Przeżyłam koszmar. Tak bardzo chciałam karmić naturalnie, a się nie udało. Dziecko jadło sztuczne mleko a ja znów czekoladą poprawiałam sobie nastrój. To było silniejsze ode mnie. Nie umiałam inaczej poradzić sobie z tą sytuacją.

Patrzyłam na dziecko i przez chwilę była radość, potem nachodził smutek, że nie mogę jej karmić jak inne matki. To było takie niesprawiedliwe, że inne mogą a nie chcą, a jak tego tak pragnę a nie mogę. W ciągu 2 tygodni znowu ważyłam 94, 5 kg, potem w kolejnych 2 tyg waga dobiła 98,5. Przez następny rok nie stosowałam diety. Byłam ciągle na hormonie tarczycowym, bo to już „prezent” dożywotni od losu.

Starałam się schudnąć, ale słabo mi to wychodziło

Moja waga oscylowała między 94,5 a 98,5. Czasem w ciągu doby wahała się średnio o 3, 4 czasem nawet 5 kg. Dołowało mnie codziennie ważenie, ale zalecił mi je endokrynolog by wiedzieć, w jakich dniach cyklu waga najbardziej się waha. Chciał wykluczyć przyczynę, ale nie udało mu się to do tej pory, ale doceniam go za to, że się stara.

Próbowałam nawet chodzić o kijkach… Teraz właśnie dzięki Marcinowi, wiem, że robiłam to nieprawidłowo, więc nic mi to nie dało mimo codziennego treningu. Po 2 miesiącach dałam za wygraną. Kijki leżą i się kurzą. Teraz, gdy wiem jak chodzić, mogłabym znów zacząć, ale niestety jestem teraz chora.

Miałam doła za każdym razem kiedy widziałam się w lustrze. Z tego powodu, że w domu siedziałam tylko z dzieckiem nie dbałam o to, że chodzę po w "wyciągniętych" dresach, które ukrywają mój obwisły ogromny brzuch (choć efekt był odwrotny od zamierzonego bo wyglądałam na 140 kg). W końcu waga  wskazała 98,6kg.

Zaniedbałam się i postanowiłam to zmienić. Nie miałam pojęcia, od czego mam zacząć. Zaczęłam nerwowo przeglądać net w poszukiwaniu kolejnej diety. Mąż rzucił przez ramie "Ty za mało śpisz i stąd ta waga taka" – pomyślałam no głupi.. Czy co? Co ma sen do wagi? Zaczęłam  buszować w sieci.

Trafiłam na bloga Marcina Wielgosza

Szukając potwierdzenia teorii męża o dziwo znalazłam je. Już miałam iść spać, kiedy podczas zamykania strony rzuciło mi się w oczy jedno ogłoszenie z ciekawo brzmiącym hasłem „Jak schudłem 18 kg bez diety"

18 kg bez diety????????? Bzdura… Nie da się… Pomyślałam: "o ciekawe co tu tym razem wymyślą?" Tym razem, bo to była n-strona, na którą weszłam w poszukiwaniu motywacji? Inspiracji? Sama nie wiem… Czegoś szukałam. Chyba najbardziej pomocy i ratunku. Weszłam po linku na bloga Marcina Wielgosza..

Co widzę? "Schudłem bez diety" Jęknęłam: "ta jasne" – kolejny naciągacz… pewnie zaraz coś poradzi i zechce gruba kasę za to jak inni, bo przecież nikt nie pomaga bezinteresownie. To nie te czasy… Oj myliłam się, ale na tamtą chwilę zamknęłam stronę.

Poszłam się myć, ale ciągle kusiło mnie by tam zajrzeć. Położyłam się prędko by o tym nie myśleć, ale nie mogłam zasnąć. Dlaczego nie sprawdziłam? Przecież zawsze sprawdzam. Nie raz utopiłam kupę kasy. Co mi zależy? Przecież jak będzie płatne wycofam się.

Z resztą nie mam wyjścia skoro siedzę teraz w domu na wychowawczym. Nie mam kasy i tak. Pomyślałam, że wstanę, wejdę pewnie na pierwszą darmową stronę, doczytam do jakiegoś magicznego punku i by się więcej dowiedzieć, trzeba będzie wysłać sms, albo zrobić przelew. Dowiem się, że trzeba wpłacić kasę i tyle. Chciałam jednak uspokoić moją ciekawość.

Byłam pełna nadziei, że w końcu mi się uda

Weszłam i o dziwo za nic nie trzeba było płacić na początku. A to, co było darmowe i tak dawało już sporo nadziei na sukces. Wystarczyło zostawić swój email i czekać na filmiki. Wklepałam, czym prędzej adres i czekałam. Gdzieś po głowie tłukło mi się, że przecież jest późno i na pewno dostane coś dopiero rano  – jeśli cokolwiek dostanę…

Dostałam szybko i wysłuchałam pierwszy filmik. Byłam w szoku… Klikając play nie wierzyłam, a w ciągu tych kilku minut ten człowiek zaszczepił we mnie tyle wiary ile nigdy w sobie nie miałam… To było niesamowite, bo w ciągu tych kilku minut uzmysłowił mi, dlaczego tu jestem i wyglądam jak wyglądam.

Zupełnie obca mi osoba swoim optymizmem, ciepłym głosem i wiarą dała mi kopa, którego chciałam dostać, od tylu lat. Dała mi rękę, której chciałam się złapać i zgodnie z prośbą skomentowałam film. Ciągle byłam w szoku, że ktoś to robi za darmo.

Myślałam, że musi być jakiś haczyk. Kto by innej osobie w tych ciężkich i zabieganych czasach poświęcił tyle swojego czasu, gdzie w tym momencie mógł choćby nic nie robić… a tu dzieli się swoim doświadczaniem, swoim życiem? Tylko po to by pomóc ??? W głowie ciągle chodziły mi myśli, że to za pięknie brzmiało, by było prawdziwe. Nie mogłam spać a potem dostałam kolejny i kolejny filmik.

Zdałam sobie sprawę, że już to wiedziałam, ale niestety tego nie robiłam

Nie było w tych filmikach nic nowego, z zasad żywienia. Nic nadzwyczajnego z życia. Po prostu historia danego, zdołowanego człowieka, który przeżył to, co ja i czuł się jak ja. Niezwykła historia zwykłego człowieka była dla mnie niesamowita. Pewnie, dlatego przemówiły do mnie jego słowa. Zdałam sobie sprawę, że wiedziałam o wielu tych rzeczach choćby z własnego doświadczenia.

Wiedziałam że diety nie działają – i to nie tylko na mnie. Uzmysłowiłam sobie, że to nie ze mną jest coś nie tak. Wiedziałam już, że nie wolno jeść szybko. Wcześniej nie wiedziałam, dlaczego powinno się to robić? Nie miałam żadnej słusznej argumentacji. Przetestowałam setki diet i nie wiedziałam o tym, że można być głodnym i „głodnym”. Nie wiedziałam że są dwa rodzaje głodu a ja kierowałam się tym fałszywym i przez to tyłam.

Podekscytowana przeleciałam wszystko, co było napisane na tym blogu. Każde zdanie czytałam dwa, trzy razy i postanowiłam nie czekać. "Prawda i prostota" zawarta w radach, które poznałam skłoniły mnie do działania tu i teraz…

Obejrzałam, wysłuchałam i przeczytałam wszystko, co się dało. "Tonący brzytwy się chwyta" – chciałam wykorzystać to wszystko dla siebie, by odzyskać jakąkolwiek równowagę psychiczną i przy odrobinie szczęścia fizyczną.

Po raz pierwszy raz w życiu poczułam taką wielką motywację

Pierwszy raz w życiu poczułam takiego kopa motywacji do działania i po raz pierwszy w życiu tak naprawdę uwierzyłam, że "chcieć to móc". Że mój cel jest tylko, dlatego daleko, że tak naprawdę nikt do tej pory we mnie nie wierzył. Nawet ja sama gdzieś głęboko wiedziałam, że nie mam szans na idealną figurę i tak naprawdę nigdy jej nie osiągnę.

Poza tym, czego chce grubas? Chce by efekty były szybko. Po zastosowaniu tylu diet, wiem, że tak się nie da. Marcin jako pierwszy nie obiecywał "cud diet". Nie gwarantował że schudnę 15 kg w 3 dni ;). Tu założyłam metodę "małych kroczków". Wiedziałam, że to będzie długi proces. Już na samym starcie tak się nastawiłam i dzięki temu było mi dużo łatwiej.

Nie liczyłam na cudowne wyszczuplenie w krótkim i nierealnym czasie. Wiedziałam, że potrzebuje dużo czasu, ale wierzyłam, że się uda. Tym razem "całą sobą" czułam, że pierwszy raz jestem we właściwym miejscu, że znalazłam właściwy punkt zaczepienia.

Wiedziałam, że mogę to zrobić. Wiedziałam, że jeśli uda mi się schudnąć, choć 1 kg na miesiąc to za rok o tej porze będę lżejsza o 12 kg. Jest to realne, a że będzie szło wolniej to będzie to trwała utrata wagi. Ta wiara utwierdzała się we mnie po każdym filmiku.

Co zrobiłam dalej?

To, co mogłam. Spisałam sobie wszystkie złote rady na kompie – taką esencję – wydrukowałam i przykleiłam do lodówki. Pomyślałam, że to idealne miejsce, bo gdzie szukam jedzenia? Głównie tam.

Za każdym razem czytałam tą kartkę i widziałam, że, mimo, że moje odchudzanie liczę w dziesiątkach lat – będzie z 18 lat w sumie – to popełniałam kardynalne błędy. Moje nawyki były "delikatnie" mówiąc, co najmniej złe…

Zaczęłam od podstaw.

Uzmysłowiłam sobie, że ja faktycznie jem głównie, dlatego, że cierpię na głód emocjonalny. Chciałam się nauczyć rozróżniać te głody i zacząć panować nad tym "emocjonalnym". W końcu się tego nauczyłam. Nie od razu się to stało, choć i tak udało mi się to dość szybko. Odnalazłam się w tym ocenianiu głodu i przestałam zajadać moje negatywne emocje. Wszystko poszło sprawnie, ale z mobilizacją Marcina i góry chyba idzie przesunąć.

Doszłam do wniosku, że tony słodyczy też wynikały z tego głodu. To był smutny głód. Zajadałam każdy "dół" poczynając od rodzinnych niepowodzeń, tragedii a kończąc na swoich osobistych smutkach z powodu wyglądu, braku akceptacji przez samą siebie. Co się zmieniło po odwiedzeniu bloga? Za każdym razem myślałam, co jem, ale zanim zjadłam zadawałam sobie pytanie czy na pewno jestem głodna?

Jak skończyłam zajadać "fałszywy głód"

Wiele razy miałam ochotę by zjeść właśnie "teraz", ale gdy już zaczynam się zastanawiać to dochodzę do wniosku, że wcale nie jestem głodna. Odkąd pamiętam oceniałam siebie przez pryzmat tego "że mało jem". Jadłam mało regularnych zdrowych i konkretnych posiłków,  a raczyłam się w kosmicznej ilości przegryzkami.

Marcin uzmysłowił mi jak nie podjadać. Kiedy było mi "smutnawo" to automatycznie szłam do lodówki by coś zjeść. Było to danio, plaster sera, kawałek kiełbasy, jogurt, lub cokolwiek innego. Teraz podchodziłam do lodówki i za każdym razem patrzyłam na moje "nowe przykazania" i zamykałam lodówkę… Odchodziłam z niczym – to były moje małe pierwsze sukcesy.

Wkrótce wpadłam na pomysł – tak tylko dla siebie, by zorientować się jak często w ciągu doby czuje "fałszywy głód". Położyłam, więc kartkę i długopis w kuchni na stoliku. Możesz zapytać, po co? Zrobiłam to by za każdym razem, kiedy wygram z emocjonalnym głodem (za każdym razem, kiedy przyjdę coś wszamać a nie wezmę nic, bo zdam sobie sprawę, że nie jestem głodna fizycznie) zaznaczyć to w formie "kreski na kartce".

Nigdy nie wstawałem w nocy by coś zjeść, ale to, co zobaczyłam po pierwszym dniu przeraziło mnie.  Wiecie ile razy podeszłam pierwszego dnia do lodówki??? Kochani 28 Razy! 28 razy zjadłabym cokolwiek, małe co nieco czując "fałszywy głód". Przełożyłoby się to na dodatkowe, zbędne kalorie i co za tym idzie kilogramy.. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jadłam "automatycznie" – bez głowy.

Byłam wcześniej przekonana, że jem mało, bo co to małe Danio, plaster sera czy wędliny. To jest niedużo, ale podchodząc 28 razy to było ogromnie dużo – sami przyznajcie. Teraz zastanawiam się "gdzie ja to  wszystko mieściłam???" To cud, że nie przekroczyłam w ten sposób 200 kg.

Następnego dnia kresek było mniej. Z dnia na dzień było ich coraz mniej. Dziś mam ich tylko 2 czasem 3 na koniec dnia.

Poradziłam sobie z moim problemem słodyczy

Kolejną sprawą, jaką się zajęłam równolegle do podjadania były słodycze. Okazało się, że ja wcale aż tak bardzo za nimi nie przepadam. Jadłam je, bo tak się nauczyłam odreagowywać, ale równie dobrze mogłam np. włączyć muzykę i potańczyć. Uwielbiam to robić tak samo jak pobawić się z dzieckiem. Opanowałam mój problem ze słodyczami. To był mój kolejny sukces, który osiągnąłem dzięki wsparciu Marcina.

Przestałam dojadać za dzieckiem

Jak już mówiłam mam małe dziecko i tu chciałam się pochwalić kolejnym moim sukcesem, a mianowicie pozbyłam się kolejnego "automatu" jakim było dojadanie po dziecku. Każda mama wie, jak to jest, kiedy dziecko chce milion rzeczy, których nie jest w stanie zjeść. Chce chrupka – nadgryzie, rzuci. Potem ciastko i znów to samo. Bułka – historia identyczna. Co robi mama? Idzie za dzieckiem, (przynajmniej ja tak miałam) i bawi się w odkurzacz.

Po wpisie na blogu, zorientowałam się, że znów robię kolejny błąd. Znów mam zły nawyk, z którym muszę się jak najszybciej uporać. Automatycznie dojadałam po dziecku – podnoszę ciastko hop do buzi, bułkę tak samo (no przecież jej nie wyrzucę)… ale hmm…  przecież mam psa. Jakoś wcześniej nie wpadłam na to, że on może zjeść bułkę, biszkopta, no i jeszcze ptaszki. Dopiero zdałam sobie z tego sprawę dzięki Marcinowi.

Dojadałam po dziecku automatycznie. Nie było mi łatwo się od tego odzwyczaić, ale całe szczęści dzieci są mądre. Nauczyłam dziecko, że jak nie chce czegoś jeść to niech włoży do pudełeczka. Mała w ten sposób uczy się porządku a ja dzięki temu po niej nie dojadam. Zawartość pudełka po całym dniu wyrzucam albo psu, albo ptakom. Tym sposobem zastosowałam się do rady Marcina i przestałam dojadać za dzieckiem

Wystąpiłam z klubu czystego talerza

Kolejnym krokiem było "wystąpienie z klubu czystego talerza". W pierwszej chwili uśmiałam się z historii Marcina. Jednak, gdy zdałam sobie sprawę, że przedstawiany przez Marcina argument o dzieciach z Afryki był często wykorzystywany i u mnie szybko spoważniałam. Ubolewałam, że doświadczając tego na własnej skórze nie rozumiałam, że jedząc wszystko do końca wcale nie sprawię, że tamte dzieci przestaną być głodne.

Zaczęłam jeść na małych talerzach i nie dokładać. Nakładam raz i nie zawsze zjem wszystko, bo jem, według zaleceń z Bloga. Jem najpierw to, co najbardziej mi smakuje a potem resztę. Zauważyłam że z biegiem czasu zostawiam coraz więcej resztek, a mój pies jest z tego powodu bardzo zadowolony 🙂

Wiecie co jest najgorsze? To, że ja to umiałam niby zrobić sama, ale potrzebowałam zapalnika. Była nim właśnie wiara i motywacja ze strony Marcina. Jego optymizm, był lepszy od kawy. Dodawał powera, jak nic innego. Dzięki niemu dałam radę uporać się z moimi złymi nawykami, ale to jeszcze nie koniec zmian. To dopiero początek 🙂

Czuje, że jestem na właściwe drodze

Schudłam, co prawda jak na razie do tej pory 2 kg. Dla kogoś może to być mało. Pewnie niektóre osoby zdziwią się czemu opisuję to tak szczegółowo skoro tylko tyle udało mi się schudnąć, np. 20 kg. Ale pamiętajcie "że co nagle to po diable". Nie da się zrzucić dużego cielska tak samo szybko jak zdjąć buty, czy ciężki plecak. To wymaga pracy, podobnie jak tycie. Nie ma nic za darmo. Napisałam to wszystko, bo dla mnie to olbrzymie 2 kg i co lepsze trwale je zrzuciłam i nie wracają jak kiedyś w zależności od pory dnia, czy cyklu miesiączkowego.

Spadły i ich nie ma. Dla mnie to sukces. Owszem waga stoi (być może przez to, że rozregulowałam się hormonalnie i trzeba było mi zwiększyć dawkę hormonu tarczycowego, bo miałam za mało. Nie wiem. Nową biorę kilka dni, więc może po tym coś się ruszy w dobrą stronę), ale mnie to tym razem nie przeszkadza.

Wytłumaczyłam sobie, że organizm uczy się żyć z lżejszą mną i szykuje się na dalsze zmiany. Tak mi łatwiej. Piszę to, dlatego, bo mam nadzieję, że moim doświadczeniem zainspiruje i zmobilizuje kogoś, kto może, choć po części przeżył to, co ja.

Pisałam wyżej, że moja waga potrafiła w ciągu doby zmieniać się nawet o kilka kilogramów. Nie wiem, co się stało, ale teraz, gdy schudłam swoje pierwsze 2 kg waga stosując rady Marcina, waha się teraz jak u normalnych, zdrowych ludzi do 1 kg w ciągu doby.

Już nie puchnę tak jak kiedyś. Czuję się znacznie lżej, choć jestem lżejsza "jedynie" o 2 kg . Kiedyś ubolewałam że waga stoi jak zaklęta i myślałam że już nic jej nie ruszy a jednak udało się i już mam pierwszy spadek.

Wyszłam z błędnego koła

Wcześniej te wahania wagi bardzo mnie dołowały. Zaczynałam dzień od zważenia według zaleceń endokrynologa i od tego uzależniałam swój nastrój – gdy było mniej czułam się lepiej, a gdy więcej to miałam doła i jadłam jakby to miało mi w czymś pomóc. Zdałam sobie sprawę, że ucieczka w jedzenie z głodu emocjonalnego to jak ucieczka w ślepą ulice – bez wyjścia.

Wpadałam w błędne koło. Jadłam a potem tyłam i tyłam. Czułam się źle, więc znowu jadłam i znów tyłam i tak w kółko. Marcin pokazał mi jak mam dojść do mety, przez labirynt swoich złych nawyków bez trafiania w ślepe uliczki. Przyznaję się, że nie jest łatwo, ale staram się i pierwszy raz w życiu tak mi się chce starać. Wiem i głęboko w to wierzę, że warto, bo tym razem się uda i moje ostatnie podejście zakończy się sukcesem.

Odkąd żyje to jeszcze nigdy nie miałam tak dużej ochoty na ćwiczenia. Od kiedy przeczytałam, że może to sprawiać przyjemność, jeśli podejdzie się do tego z głową, to natychmiast tak jak pozostałe cenne rady wdrożyłam to w życie. Zdobyłam sobie nawet rowerek stacjonarny, by móc ćwiczyć jak dziecko zaśnie – taki relaks dla siebie.

Zaczęłam się więcej ruszać

Oczywiście tym razem nie rzuciłam się na niego od razu jak byk na rzeźnika, ale po troszku. Najpierw 5 min potem 10, 15, a teraz jeżdżę godzinę. Co ciekawe mam z tego przyjemność. Mówię poważnie, a na dodatek ćwiczę aeroby. Śmieszne jest to, że ja przecież nigdy nie miałam na wszystko czasu. Teraz jestem lepiej zorganizowana – jak się naprawdę chce to można. Ćwiczę aeroby bawiąc się z dzieckiem.

Odkąd się urodziła jedyny ruch to spacery 8-10 km dziennie, ale to wszystko i nie wiele mi to dawało oprócz solidnego dotlenienia, mimo, że spacerowałam w dość szybkim tempie. Teraz o ile pogoda sprzyja, dołączam ruch w każdej możliwej chwili.

Gdzieś słyszałam, że sport podnosi hormon szczęścia. Wiecie co? Serio to prawda! Sami sprawdźcie. Do tego dołączam spacer z kijkami, jak tylko wyzdrowieje. To będzie czas taki dla siebie – takie mam postanowienie.

Sama poprawa kondycji daje mi dużo satysfakcji. Waga na razie stoi, ale moje ciało jakby inaczej wygląda. Nie jest „rozlane” a ja wchodząc na 2 piętro nie sapie już jak lokomotywa z wiersza Tuwima :-).

Mam chwilę kryzysu, ale się nie poddaje i nadal walczę

Żeby nie brzmiało za słodko mam chwile kryzysu, ale wtedy sięgam na bloga, oglądam ponownie filmiki i znów chce mi się walczyć. Czerpie z nich wszystko, co dobre. Motywację, wiarę w siebie i w swój cel.

Za każdym razem, kiedy chce się złamać mówię sobie że nie mogę tego zrobić. Przecież pewien człowiek poświecił mi tyle czasu i tyle serca by nauczyć mnie tego wszystkiego, a ja mam głupim krokiem to wszystko teraz zniweczyć? Nie ma mowy! Oglądam w razie potrzeby jeszcze raz filmiki i walczę dalej z nową mocą 😉

Każdemu może się udać

Wydaje Ci się, że to tylko moja historia i że Ty możesz nie dać rady wdrożyć tych zasad u siebie? Nic bardziej mylnego. Skąd to wiem? Bo przetestowałam to na sobie i wiem, że się da. Na początku sama miałam wątpliwości czy dam radę, czy nie jest to zbyt piękne by było prawdziwe.

Wiem, że może się udać każdemu. Ja schudłam zaledwie 2 kg a mam w sobie tyle wiary. Co takiego, więc się stanie jak osiągnę sukces? Będę dzielić się wtedy moją radością i zarażać tych, których jeszcze po tej historii nie udało mi się zmobilizować do walki o siebie, o swoje życie i zdrowie.

Ja sama nie wiedziałam, że dokonają się we mnie takie zmiany. Że tak pięknie sobie poradzę z tym wszystkim i że po raz kolejny udźwignę ten ciężar. Miałam też masę wątpliwości czy uda mi się stracić kolejne kilogramy, ale wszystko się zmieniło odkąd trafiłam na tego bloga. Kiedyś byłam smutna, przygnębiona, pesymistyczna, a świat wydawał mi się szary i zły – takie było właśnie moje wnętrze.

Zmieniłam się dzięki Marcinowi

Teraz jestem innym człowiekiem. Wszystko dzięki Marcinowi, który pokazał mi jak należy patrzeć na świat. Pożyczył mi swoje różowe okulary. Kiedyś patrzyłam na siebie przez pryzmat zbędnych kilogramów.

Wiele ludzi dawało mi do zrozumienia, że nie jestem tym, kim się czuje – czyli kupą sadła. Twierdzili, że jestem człowiekiem i mam serce, jestem wrażliwa, ale nie potrafiłam w to uwierzyć. Często takie słowa odbierałam jak kpiny ze mnie. Dziś mam świadomość, że może coś w tym jest i skoro "dobro przyciąga dobro i dobro wraca za dobro" to może, dlatego się tu znalazłam.

Dlatego nauczyłam się inaczej żyć, myśleć… Nie wiem… Tak naprawdę całe życie źle się czułam ze sobą a wystarczyło te kilkanaście minut filmów, i tej niezachwianej wiary we mnie, a ja jestem innym człowiekiem… Jestem pewną siebie osobą. Uwierzyłam w siebie. Uwierzyłam w końcu, że mogę, potrafię, że mam możliwość urzeczywistnić swoje wieloletnie marzenia. I to stało się w przeciągu dosłownie kilkunastu dni. Jednego tylko żałuję. Że trafiłam tu tak późno…

Mój mąż nie może uwierzyć, jaka dokonała się we mnie zmiana

Mój mąż patrzy na mnie i sam nie wierzy w to, co widzi. Powiedział, że zakochał się w moim pierwszym uśmiechu, ale już dawno zapomniał jak on wygląda. Nie uśmiechałam się, bo czemu miałam to robić? Nie miałam powodu, nie umiałam się go doszukać. Teraz widzę milion powodów do radości.

Uśmiecham się często nawet teraz, kiedy to pisze i myślę, że ktoś czyta właśnie kolejne moje zdanie i być może (tego bym chciała) sam zaszczepia się motywacją i wiarą, że mu się uda. To też mnie cieszy – poważnie. Ktoś mądrze kiedyś powiedział, że szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się nią dzieli. Ja jestem szczęśliwa i chętnie podzielę się swoim szczęściem i doświadczeniem. To na początek, a będę zdawać relację na bieżąco.

Po darmowych filmikach dostałam jak zapewne wszyscy propozycję wykupienia kursu. Ubolewam nad tym jedynie, że na chwile bieżącą ciężko nam finansowo i po prostu, po ludzku mnie na niego nie stać. Mąż obiecał, że mi go wykupi, jak schudnę 10 kg. Nie wierzył w "kolejny cud". Teraz, kiedy widzi jak się zachowuję, jak ożyłam na nowo i że waga bądź, co bądź spada myśli o tym by nabyć mi go na raty (Marcin jest elastyczny i naprawdę chętny do pomocy) w prezencie gwiazdkowym.

To byłby chyba jeden z najpiękniejszych w życiu, najbardziej praktycznych i przydatnych prezentów, jaki bym dostała, bo wiedza, w nim zawarta może mi pomóc dojść do mojego celu. Zakładam tak, bo skoro ta niewielka cześć zasad, porad, tak na mnie wpłynęła, to teraz już oboje, jesteśmy ciekawi, co się stanie, gdy będę miała 100% dostępu do tych materiałów.

Ja tupie już nóżkami na samą myśl, że ten czas się zbliża. Widzę jak mąż na mnie patrzy i widzę, że każdego dnia jest bliżej tego kroku by sprezentować mi nową dawkę wiary i maksymalną motywację.

Co się u mnie zmieniło?

Jeszcze tak podsumowując to na dzień dzisiejszy powiem tak.

  • Pierwszy raz czuję, że żyję a nie wegetuję..
  • Wiem, że są dwa głody i umiem je rozróżniać. Nie wiedziałam, że wystarczy mi tak niewiele jedzenia i wcale nie mam ochoty na słodycze. Wystarczy pomyśleć, czy na pewno je chce? Co mi dadzą? Poza dodatkowymi kaloriami i chwilowym zapomnieniem, z którym będę wcale nie chwilowo potem walczyć?
  • Umiem się uśmiechać. Nawet jak staje na wagę – poważnie. Przecież wiem, że to lada moment, lada miesiąc, kwartał się zmieni.
  • Nie podjadam i uczciwie jem mało i mi to wystarcza. Muszę tylko myśleć, co jem i kiedy, czy tylko jak jestem głodna. To moja żelazna zasada.
  • Uwielbiam ćwiczyć, co kiedyś kojarzyło mi się z masakrą, miazgą mojego tłustego ciała. Poza spoconym, sapiącym cielskiem nie widziałam w tym nic innego a da się 😉
  • Mój pies po otwarciu drzwi szaleje, bo wie że dostanie poza głównym daniem przekąski 🙂
  • Moje dziecko jest „jakby szczęśliwsze”. Widzi swoją mamę radosną to jej też się udziela. Chyba w myśl tego, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. To również prawda.
  • Wierze w siebie i w swój cel jak nigdy w życiu. Wierzę, że tym razem mi się uda. Zobaczycie, jeszcze o mnie usłyszycie. Będę relacjonować swoje zmiany kilogramowe.

Na dziś już dalej nie zanudzam 🙂

Życzę wszystkim powodzenia, silnej motywacji, i wytrwałości w drodze do wymarzonego "realnego celu", który czeka tuż za rogiem… a by do niego dojść wystarczy zastosować cenne i proste rady Marcina.

Ja już po sobie wiem że warto, bo to naprawdę śmiesznie proste a DZIAŁA.

Pozdrawiam

Kasia 🙂

Co o tym myślisz?