Biegać każdy może…


Biegać każdy może…

Poznaj historię Krzysztofa Politowicza.

Moja przygoda z bieganiem rozpoczęła się od tramwaju, a właściwie od próby dobiegnięcia do tramwaju na warszawskich Bielanach. Była to próba zresztą udana, ale okupiona wielkim wysiłkiem i odczuciem, że to nie ja – ten spocony, czerwony na twarzy facet.

Jechałem tramwajem na weekendowe warsztaty coachingowe, które uczą, jak dokonywać zmian w swoim życiu, jak pomagać sobie i innym, a tu taka wtopa – lekarzu ulecz się sam.

Takie warsztaty są wypełnione w większości przypadków obecnością pięknych, zmysłowych kobiet w każdym wieku, a mnie jak w w piosence Laskowskiego „Kolorowe jarmarki” – „co straciłam z własnej woli, a co przeciw sobie”.

Coaching w ujęciu tych warsztatów polegał na rozciągnięciu odległości pomiędzy marzeniem a rzeczywistością, naciągnięciu łączącej je pępowiny, by jedna albo druga ściągnęła swoje alter-ego do siebie. Po warsztatach, gdzie było dużo odkrywania własnych, ukrytych często pragnień, komfortu wiążącego jak skrępowanie, wykrzyczałem do siebie i do innych uczestników: CHCĘ PRZEBIEC MARATON!!!

Lekarze mówili „NIE” mojemu marzeniu

Od marzenia do realizacji jest czasem blisko a czasem daleko. Dla mnie  był to „Mount Everest” moich możliwości – bez szans. Tym bardziej, że Ortopeda sugerował raczej wózek niż bieganie, jako niebezpieczne w moim stanie zdrowia. Prawie cztery lata temu ważyłem 132 kg, miałem od 7 lat nawracające stany zapalne w kolanie, woda wylewała się jak u Mojżesza,  a dodatkowo na nartach we Włoszech zerwałem mięsień płaszczkowaty, który według włoskich lekarzy dawał podstawę do amputacji nogi.

Wszystko to mówiło wielkie NIE mojemu marzeniu.

Na szczęście zupełnie się tym nie przejąłem. Odkąd sięgam pamięcią, za każdym razem, gdy coś mnie przerasta, coś mnie przeraża – jak zakopiański owczarek podhalański biegnący z rozwartą paszczą, ukazującą pianę i zęby zdolne przepołowić wołu, zatrzymany przeze mnie spojrzeniem, ruchem ciała, kamieniem wziętym z drogi, by stać się, choć na jakiś czas bohaterem dla swojej dziewczyny, – to wówczas, za każdym razem rzucam się całym sobą w ten wir oceanu życia by sprawdzić czy rzeczywiście umiem pływać i czy dam sobie radę i popłynę w życie.

To był pamiętny dzień – mój pierwszy bieg

To był dla mnie pamiętny dzień, szczególnie, że była przy mnie moja córka Zosia. Pierwszy kilometr, pierwszy sierpnia 2009 roku. Myślałem, że płuca będą już zawsze na zewnątrz a nogi popękają jak skamieliny. Nie takie buty, nie taki strój, koszmarny ból każdej części ciała, krótki oddech, łapany z myślą o uduszeniu się jego brakiem, niemiłosierny upał i kurz na drodze. I tylko wsparcie Zosi, jej obecność, doping: „dasz radę tata”, nieco wstydu przed nią, nie pozwoliło mi zawrócić i poddać się całkowicie.

Po kilku dniach rekonwalescencji był kolejny kilometr i kolejny. Doszły ich jeszcze cztery, więc w naturalny sposób pomyślałem o sprawdzeniu się. Pierwszy start w Biegu Niepodległości. Pierwsze 10 km, nie za szybkie tempo i radość uczestniczenia w Święcie Niepodległości w taki właśnie sposób. Powoli odkrywałem, o co w tym wszystkim chodzi. W mojej krwi pojawiały się hormony szczęścia, spełnienia, współuczestniczenia, obecności. Można się od nich uzależnić.

Dziś po biegu, który trwa 30 minut w mojej krwi pojawiają się endorfiny, serotoniny, dopamina i co tam jeszcze w składziku. Mam je w sobie, dostępne w każdej chwili by mogły się uaktywnić po mojej aktywności.

Mój szalony krok – zapisałem się na maraton

Wreszcie zapisałem się na Maraton Warszawski w 2010 roku, to było najłatwiejsze. Po drodze biegowej, minęły mnie Bieg wokół ZOO, Biegnij po Zdrowie, Bieg Niepodległości, Bieg Powstania Warszawskiego, Bieg Żoliborski, Bieg Irlandzki w Dublinie… w sumie dwanaście „dych” czyli ćwierć maratonów. Jakoś to się wydarzyło, ale Maraton wciąż pozostawał poza moim zasięgiem.

To wciąż było marzenie „ściętej głowy”. Biegałem już 5 km, 10 km, pamiętam też swoje pierwsze 21 km czyli półmaraton ale dystans 42 km i 195 m to było dla mnie wciąż coś nieosiągalnego. Wpadłem więc na sposób, podczas wakacji z moimi ukochanymi Dudkami na Mazurach zastosowałem sztuczkę, pobiegłem w jedną stronę 15 km w lesie, w głuszy, w odosobnieniu, gdzie człowiek to niezwykłe wydarzenie. Potem musiałem wrócić :-).

Po około 3 godzinach i 40 minutach udało mi się to, wróciłem. Pamiętam Dudków, patrzyli i mówili na mnie: „wariat”. Przed samym maratonem były też warsztaty tantry, gdzie wizualizowaliśmy swoje marzenia. Byłem czarną panterą, opiekowałem się swoimi dwoma młodymi. Pobiegłem głodny by zdobyć coś do jedzenia dla siebie i dla nich. Pamiętam ten pęd, wiatr w łapach i na skórze. Polowałem na małego koziołka z czarną pręga na grzbiecie. Wgryzłem się w jego gardło a oddanie życia nastąpiło dobrowolnie. Coś jak komunia, jak święty czas przekazywania życia. Niezwykłe doświadczenie zgody, naturalności, dobrowolności, to nie ja zabierałam życie, to ten koziołek mi je ofiarował. Poczułem, że jestem gotowy.

Moje marzenie zaczęło się w końcu spełniać…

Start w słońcu września 2011 roku. Tysiące osób, coś jak piknik, radość w sercu i gotowość w nogach. Doświadczenie, które było dla mnie zaskoczeniem. Nie spotkałem żadnej ściany, jakbym siedział na miękkiej, pluszowej kanapie i przebierał nogami, jak dziecko na huśtawce. Karmiony, zaopiekowany, ważny. Był moment, gdy spotkałem swój własny, zwierzęcy głód pomiędzy 25 a 35 kilometrem, gdy Ci co przede mną, zjedli wszystkie banany.

Myślałem wtedy, że rzucę się w te skórki i zjem je w całości. I taka chwila, gdy mała, kilkuletnia dziewczynka stanęła przede mną z platerką pełną bananowych kawałków. Jadłem je garściami, zupełnie tak jakbym pierwszy raz w życiu miał coś w ustach. Potem pobiegłem i dobiegłem do końca, zajęło mi to 5 godzin i 36 minut.

Przebiegłem Maraton Warszawski i dystans 42 km na swoje wrześniowe 42 urodziny. Piękny prezent, nic już nie będzie takie samo i wszystko o czym zamarzę mogę zrealizować. Od tego czasu mam już w nogach prawie 2.000 km i radość w sercu, która rozkwita, gdy tylko zakładam moje biegowe buty…

Znowu zapisałem się na, tym razem jubileuszowy, XXXV Maraton Warszawski. To było najłatwiejsze…


Autorem artykułu jest Krzysztof Politowicz – czytelnik bloga. 

Przez całe życie przetestował na sobie wiele diet odchudzających. Uczestniczył w wielu wczasach i obozach odchudzających.

Ostatnio stosowaną przez niego dietą była dieta Dukana. Schudł dzięki niej 25 kg w czasie 6-7 miesięcy. Niestety w przeciągu 2 kolejnych lat waga powróciła i przytył 20 kg.

Do skutków ubocznych jej stosowania może niestety doliczyć wzrost cholesterolu, bóle nerek i korzonków.

Krzysiek jednak dalej się nie poddaje. Dziś w wieku 44 lat nadal walczy o szczupłą, zdrową sylwetkę. Tym razem stosuję metodę „Odchudzania z Pasją”.

Jeśli masz do niego jakieś pytania to zadaj je śmiało w komentarzu poniżej 😉

Co o tym myślisz?